wtorek, 8 marca 2011

Gozu - Locust Season (2009)

Nadchodzi szarańcza

Data wydania: 2009
Gatunek: stoner/heavy metal
Kraj: USA

Tracklista:
01. Meth Cowboy 04:56
02. Mr. Riddle 03:12
03. Regal Beagle 03:54
04. Kam Fong As Chin Ho 04:26
05. Jan.Michael Vincent 03:58
06. Jamaican Luau 05:16
07. Rise Up 03:51
08. Meat Charger 04:23
09. Alone 07:56

Skład zespołu:
Marc Gaffney - wokal, gitara
Doug Sherman - gitara
Jay Cannava - gitara basowa
Barry Spillberg - perkusja

Autor recenzji: Est

Powinienem rozpocząć recenzję od krótkiej historii zespołu Gozu, ale prawdę mówiąc nic o nich nie wiem, a na sam album trafiłem przypadkowo szukając jakiegoś ciekawego stonera, przegrzebując przy tym płytki, które przypadkiem kiedy wpadły mi w ręce. O samej kapeli wiem tyle, że powstała w 2008 roku, pochodzi z Bostonu i ma podpisany kontrakt z wytwórnią Small Stone Records. Jeszcze jako formacja bez kontraktu nagrali 7-trackową epkę, z której utwory pojawiły się później na LP "Locust Season".

Rzadko bywa, że stonerowy album podoba mi się od pierwszego do ostatniego kawałka - warunkiem takiego stanu jest połączenie wspomnianego gatunku z żywą odmianą heavy metalu, albo z rock'n'rollem - niech za przykład posłuży szwedzka grupa Mustasch, która wykonuje w 100% idealny dla mnie stoner zmieszany z kopiącym dupę heavy metalem. Słuchając debiutanckiego albumu Gozu co prawda nie przychodził mi do głowy Mustasch, ale są to dość podobne klimaty. Piaszczyste gitary, brzmiące dość garażowo i czysty wokal, do tego niesamowity pustynny klimat. Na "Locust Season" składają się 42 minuty muzyki utrzymanej w zmiennym tempie, ale na szczęście walcowate momenty nie są tutaj dominujące. A nawet jeśli gitary zwalniają do żółwiego tempa to wokal Gaffa jest na tyle energiczny, że jest w stanie pobudzić do życia zimnego trupa. Sama muzyka Gozu może nie jest zbyt porywająca, czy odkrywcza, ale dzięki wysuniętym na sam przód partiom Gaffa ten album naprawdę żyje - jak już wspomniałem na początku rzadko w przypadku stonerowych albumów mam sytuację, że albumu przesłuchuję od początku do końca nie męcząc się przy tym i nie słuchając na siłę. Bujający klimat "Locust Season" sprawia, że tego albumu po prostu chce się słuchać i kompletnie nie czuć tutaj upływu czasu - tzn. ten materiał przelatuje raz-dwa i zalicza kolejny obrót. Słabych momentów nie uświadczyłem, więc można powiedzieć, że to nagranie wręcz idealne - jedyne czego mi tutaj brakuje to szczypty świeżości. Tymczasem mamy taki stonerowy odpowiednik Black Water Rising - wszystko jest na swoim miejscu, album wciąga, gitary dają czadu ile wlezie (zarówno te gniotące, jak i partie solowe) i do tego należy jeszcze dorzucić bujający klimat. Czego chcieć więcej? Może jakiegoś przeboju? Ależ proszę bardzo - "Meth Cowboy" (świetna nuta, wpadający w ucho riff prowadzący, rewelacyjne chórki i ta gitara...ach), "Regal Beagle" (może nie do końca trafiony jest w tym przypadku pomysł na modyfikowany wokal w refrenie), "Jamaican Luau" (tutaj przede wszystkim czapki z głów przed wokalistą) i "Rise Up" - mało? Dla mnie zdecydowanie wystarczy.

Gozu to mam nadzieję wschodząca gwiazda stoner/heavy metalu i oby ich kariera nie skończyła się na wydawnictwie debiutanckim, bo potencjał mają duży i fajnie by było niedługo usłyszeć, że kapela komponuje materiał na swoje drugie wydawnictwo. Tymczasem pozostaje mi cieszyć się "Locust Season" i na nowo przeżywać fascynację tym niezwykłym debiutem, jaki zaserwowali Amerykanie. Gdzieś przeczytałem, że to materiał w dużej mierze dla wielbicieli Queens Of The Stone Age, więc tylko podpiszę się pod tym stwierdzeniem. A z drugiej strony album Gozu polecam tym, którzy z otwartą gębą słuchali debiutu Black Water Rising.

Ocena: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz