poniedziałek, 25 lipca 2011

HammerFall - Infected (2011)

Atak rycerzy zombie!(?)

Data wydania: 20.05.2011
Gatunek: heavy/power metal
Kraj: Szwecja

Tracklista:
01.     Patient Zero     06:0
02.     Bang Your Head     03:47
03.     One More Time     04:06
04.     The Outlaw     04:10
05.     Send Me A Sign (Pokolgép cover)     04:00
06.     Dia De Los Muertos     05:07
07.     I Refuse     04:32
08.     666 - The Enemy Within     04:29
09.     Immortalized     03:59
10.     Let's Get It On     04:05
11.     Redemption     07:02

Skład zespołu:
Joacim Cans - wokal
Oscar Dronjak - gitara
Pontus Norgren - gitara
Fredrik Larsson - gitara basowa
Anders Johansson - perkusja

Autor recenzji: Est

HammerFall przedstawiać nie trzeba, Szwedzi mają już na swoim koncie kilka albumów (a dokładnie osiem włączając tegoroczny) i w żadnym wypadku nie jest to formacja podziemna. Zapewne każdy, kto interesuje się muzyką metalową zna nazwę HammerFall - nie ważne, czy uwielbia tą kapelę czy nie. Szwedzi już od pierwszego albumu zjednywali sobie coraz większe rzesze fanów, ale też zbierali coraz większe grono przeciwników. Po kilku albumach formacja, którą niegdyś wielbiłem zaczęła wyglądać jak skostniała kapela heavy metalowa grająca ciągle to samo, tak samo i nie zmieniająca kompletnie nic w swojej muzyce. Na ratunek przyszedł album "No Sacrifice, No Victory", na którym HammerFall brzmi nieco inaczej, jakby chcieli coś zmienić w swojej muzyce (zapewne nie bez znaczenia było odejście z kapeli wieloletniego gitarzysty HammerFall, Stefana Elmgrena).

Patrząc nieco wstecz widać, że Szwedzi powoli przygotowują swoich fanów do zmian - na okładce albumu z 2009 roku jeszcze można zobaczyć maskotkę kapeli - rycerza o imieniu Herman. Ale muzyka już nieco odbiegała od tego skostniałego, rycerskiego heavy metalu, który formacja tłukła przez pierwsze sześć albumów. Tymczasem na wydanym w tym roku "Infected" nie zobaczymy na okładce Hermana - jest to pierwsze pełne wydawnictwo studyjne Szwedów, na którego froncie nie zobaczymy rycerza. Jest to swojego rodzaju rewolucja. Kolejnym atakiem na wielbicieli starego HammerFall był singiel "One More Time", który wspierany był dodatkowo klipem. W video nagranym do numeru członkowie kapeli uciekają przed hordami wygłodniałych zombie - jest to znowu nowa jakość jeśli chodzi ten band. Przy okazji oku wprawnego obserwatora na pewno nie umknie fakt, że niekwestionowany lider formacji, Oscar Dronjak zmienił kompletnie swój image - z chudzielca odzianego we fragmenty zbroi zmienił się w wytatuowanego rockmana. Przyznam, że jak pierwszy raz zobaczyłem klip do "One More Time" to kompletnie gościa nie rozpoznałem. Natomiast sam numer zwiastował odejście od rycerskiego heavy metalu prezentowanego niegdyś przez tą formację. Według mnie to bardzo dobry ruch, bo już od czasu kiedy swoją premierę miał "Crimson Thunder" zaczynałem narzekać, że HammerFall jest strasznie wtórny, co tylko potwierdzały ich kolejne wydawnictwa. Każda zmiana była mile widziana i wreszcie za sprawą kawałka "One More Time" dostałem wyraźny znak, że z kapelą coś zaczyna się dziać, coś się zmienia i nie bardzo wiedziałem, czego finalnie miałem się spodziewać po "Infected".

Po pierwszym odsłuchu w głowie pozostało mi tylko kilka numerów - czyli w moim mniemaniu nowe wydawnictwo wypadło bardzo podobnie do swojego poprzednika. Kolejne odsłuchy tylko to potwierdziły - mam wrażenie, że gitary mają nieco mocniejsze brzmienie, kapela też mocno ograniczyła wojownicze chórki, które były jednym z ich stałych elementów. Ponadto solówki, które co prawda na poprzednim wydawnictwie już nie wyglądały tak magicznie jak kiedyś (zauważalny brak Elmgrena), to jednak przybrały jakiejś innej mocy. Muszę przyznać, że Dronjak jednak daje sobie radę bez Stefana. Kompozycyjnie nowy materiał jest tak samo zróżnicowany jak "No Sacrifice, No Victory" - jedynym elementem, który łączy nowy i stary HammerFall to na pewno nośne refreny. Te występują nadal, błyskawicznie wpadają w ucho. Z całego materiału bez problemu można wychwycić największe hiciory - oczywiście każdego rusza coś innego. U mnie do ścisłej czołówki należą "One More Time", "Patient Zero" (który kojarzy mi się z solowym albumem Cansa), "Bang Your Head", ale największego hiciora upatruję w świetnym "Let's Get It On" - ten numer porwał mnie już przy pierwszym odsłuchu, a jego refren zagościł u mnie w głowie na bardzo długo. Obowiązkowa ballada w postaci "Send Me A Sign" trochę rozczarowuje, ale nie oszukujmy się, ta formacja ma już za sobą najlepsze ballady - wystarczy wspomnieć "Remember Yesterday" czy "Glory To The Brave". Ale "Send Me A Sign" to anglojęzyczny cover utworu " Hol van a szó" nieznanej mi formacji Pokolgép. Na albumie znajduje się również kilka numerów, w których na pewno drzemie potencjał, ale uważam, że w każdym z nich coś zostało skopane - przyciężkawy "666 - The Enemy Within" ma zbyt słodki refren, który nijak nie pasuje do muzyki, która przewija się przez cały kawałek. Ta jest ciężka, smętna i w żadnym razie nie pasuje tutaj skoczny, przebojowy refren, który został tutaj zaaplikowany. "Immortalized" jest w sumie nijaki - brzmi tak jakby panowie mieli za dużo pomysłów i wrzucili je do jednego wora (chociaż riff brzmi naprawdę dobrze, a gitara basowa nawet wysuwa się na pierwszy plan). Podobna jest sytuacja z zamykającym album "Redemption", który jest najdłuższą kompozycją na tym wydawnictwie. Prawdę mówiąc to nie umiem określić tego utworu - z jednej strony balladowe partie Cansa, z drugiej energiczna wręcz modernowata muzyka i w końcu standardowe brzmienie HammerFall. Naprawdę nie bardzo wiem, czym miał być "Redemption" - być może miało to być podsumowanie tego albumu, podkreślenie, że to już nie jest ta sama kapela co jeszcze kilka lat temu. Być może. W każdym razie uważam, że panowie z HammerFall dali radę i nie zakopali topora, ale dodatkowo go podrasowali.

"Po upadku młota, roztrzaskaniu się dwóch filarów szwedzki olbrzym jednak stoi, może jest nieco przygarbiony od ciężaru swojej świetlanej przeszłości i rozrzewnieniem wspomina pierwsze trzy wydawnictwa, ale też z optymizmem patrzy w przyszłość." - tak oto podsumowywałem album "No Sacrifice, No Victory", jak widać nie myliłem się co do przyszłości formacji. Uważam, że nowe wydawnictwo nie uszczęśliwi wszystkich fanów HammerFall, ale na pewno ci, którzy żądali zmian będą zadowoleni. Co prawda nie jest to jeszcze ogromna zmiana względem starego brzmienia, ale kapela postawił kolejny krok do przodu. Może "Infected" nie będzie w tym roku znaczącym wydawnictwem jeśli chodzi o całą scenę heavy/power metalową, ale na pewno nie przemknie niezauważony. Na pewno magia nazwy nie pozostaje tutaj bez znaczenia, ale to coś zdecydowanie więcej - przyznam, że lubię każdą pozytywną zmianę związaną z formacjami, które już od kilkunastu lat (w przyszłym album "Glory To The Brave" będzie miał 15 lat) mężnie walczą na heavy metalowej scenie. I po miłym akcencie jakim jest "Infected" tym bardziej optymistycznie zaopatruję się w przyszłość HammerFall.

Ocena: 7,5/10

4 komentarze:

  1. Najlepsza płyta od 11 lat! 6/10

    OdpowiedzUsuń
  2. Dużo w tym racji, w końcu ostatnim ich naprawdę dobrym albumem był "Renegade". Chociaż ten z 2009 też nie był zły.

    OdpowiedzUsuń
  3. Album nudny, przewidywalny i po prostu słaby. To cały czas wypalony Hammerfall tylko z innym brzmieniem. Norgren może co najwyżej buty czyścić Elmgrenowi. Ten ostatni ratował odbiór świetnymi solówkami...

    BTW: Riff otwierający "One More Time", to najlepsza ich rzecz od 2000 roku...

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale Pontus raczej nie przyszedł zastąpić Elmgrena - on jest po prostu drugim gitarzystą. Większość solówek opędza od poprzedniej płyty Dronjak. A czy album jest nudny? Na pewno ciekawszy niż albumy od 4 do6 ;-)

    OdpowiedzUsuń